Gliwickie Metamorfozy"  Stowarzyszenie na Rzecz Dziedzictwa Kulturowego Gliwic


 

KARNAWAŁ 2017

Gliwiczanie zaszaleli...

 

   opracowanie : Ewa Hordyniak

 


 

   www.gliwiczanie.pl


 

    Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za jednymi Pyskowicami mieszkają sobie Bogna i Piotr......(Chciałam delikatnie napisać że mieszkają na zadupiu :)). Mają chatę ze skraja - co na pewno ma ogromne zalety: nikomu nie przeszkadza nawet największa impreza, nikt im w okna nie zagląda. Chata wielka i piękna (a będzie jeszcze piękniejsza jak ją wykończą). I tam właśnie zaprosili całe Stowarzyszenie na imprezę karnawałową!
Tak rzadko bywam na imprezach, że zrezygnowałam z wypadu na narty byleby móc uczestniczyć. Załatwiłam sobie kierowcę (bo co to za impreza na której nie można pić...) i pojechałam. Mimo chaty w polu dojazd okazał się bardzo prosty, a ostatnie 50 metrów eskortowała nas przepiękna, groźnie wyglądająca psica, która okazała się słodką przylepą należącą do gospodarzy.
Impreza składkowa - każdy przyniósł coś dobrego, co dało ogromną różnorodność pyszności do spróbowania, a Pani Prezes robiła za barmana (brak wprawy nadrabiała zaangażowaniem).
   W pokoiku wielkości 60m2 zmieściliśmy się razem ze stołami i parkietem do tańca z dużym zapasem.


 
   
     
  A rozpiętość wieku uczestników była wręcz imponująca!  
     



 
  Niespiesznie podjadaliśmy to i owo, dyskutując o wszystkim i starając się nie denerwować polityką....  
     






     
  Pani Prezes zbierała zamówienia i dzielnie walczyła z butelkami i ich zawartością, opierając się na pierwszej książce wydanej przez Stowarzyszenie, czyli białym kruku "Martini Bar".  

 





 

Okazało się, że mam z Gospodynią wspólne upodobania muzyczne :), które mogłyśmy spokojnie omówić.

 



 

Małgosia nie tylko produkowała napitki, ale również je spożywała :)

 



 

Natomiast Piotr - nasz Gospodarz, co chwilę na eleganckie ubranko naciągał roboczy kombinezon i znikał za drzwiami na ogród (przyszły). Postanowiłam go pośledzić....

 







 

A on pilnował po prostu głównego dania!!! Kociołka!!! Wreszcie uroczyście wniósł go na salony i otworzył!!!

 





 

A po zdjęciu górnej, ochronnej warstwy kapusty wyglądał tak:

 



 

Rzuciliśmy się jeść tę małmazję :)

 



 

Gdy już nasze łakomstwo zostało zaspokojone (bo o głodzie nie ma mowy), gospodarze pokazali nam jak się powinno tańczyć!!! Tango!!! szacunek.....

 





 
  A potem wszyscy ruszyli w tany, nie przejmując się bardzo zróżnicowanym poziomem umiejętności....  
     
   
   
   
   
     
  Kto się zmęczył ten wracał do koryta...znaczy stołu i tak do upadu.... Mój upad był koło 23-ciej - przyjechał zamówiony kierowca (po to sie płaci za prawko jazdy dla dziecka), ale zanim mnie zabrał został przymusowo nakarmiony :).  
     
   
     
  Generalnie świetna imprezka w świetnym towarzystwie. Jeszcze raz dziękujemy Gospodarzom za zorganizowanie spotkania, które na pewno działa integrująco na członków Stowarzyszenia!